Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

To był On

Noc była głucha i ciemna. Wszystko tonęło w ciemnościach. Światła nie dawał ani księżyc, ani gwiazdy. W lesie zaś było jeszcze mroczniej.

Mimo to, jeden z mieszkańców wsi właśnie przez ten las szedł. Próbował oświetlać sobie drogę latarką, ale to i tak mało dawało. Najlepszy dowód, iż parę razy potknął się o jakiś korzeń, czy kamień. W sumie nie zastanawiał się nad tymi ciemnościami.

Myśli zajmowało mu coś innego.

Dokładnie to:

-Żebym tylko Jego nie spotkał. Muszę na Niego uważać – tak sobie myślał.

Niestety, obawy okazały się uzasadnione. W słabym blasku latarki dostrzegł Jego. On stał pośród drzew i przyglądał się mieszkańcowi wsi. Mimo bardzo słabej widoczności, mieszkaniec nie miał wątpliwości, że to właśnie On.

Nie miał wyboru, zaczął uciekać, ile tylko miał sił w nogach. Niektórzy powiadają, że adrenalina daje człowiekowi niesamowite zdolności. Można stwierdzić, że ta historia udowodniła tę tezę, gdyż główny bohater mojego opowiadania biegł z prędkością, jakiej nigdy wcześniej nie osiągnął. Był szybki jak zając, jak wyżeł; a może nawet jeszcze szybszy.

Bynajmniej nie było to łatwe, gdyż po pierwsze, w okolicy było pełno drzew i korzeni, a po drugie, jak już pisałem, panowała ciemność.

W końcu zatrzymał się i spojrzał za siebie. Udało się - zgubił Go.

Teraz mieszkaniec wsi musiał trochę odsapnąć i zregenerować siły.

Ukucnął i zaczął głośno sapać.

Powoli dochodził do siebie.

Gdy już odzyskał energię, zaczął wracać do wsi.

Szedł teraz wolno, uważnie mijając wszystkie przeszkody.

-To wszystko było przeraźliwe – myślał sobie.- Dobrze, że zdołałem Mu uciec.

Mimo, iż uważał, że jest już po wszystkim , nadal czuł, jak mocno bije mu serce, a nogi są jakby słabsze.

W lesie zaś było coraz ciemniej.

W pewnym momencie zastygł z przerażenia. Coś się ruszało wśród drzew. Coś, co miało kształt człowieka.

Czyżby to był On?

Któż by to mógł być inny?

Na pewno On.

Nieszczęśnik nawet nie próbował oświetlić tego miejsca latarką. Wiedział, iż gdyby to zrobił, to wówczas wydałoby się gdzie jest. A tak chyba On go nie zauważył.

Rozpoczęły się straszne myśli.

- Skąd On się tutaj wziął? Przecież mnie nie wyprzedził? A może On pobiegł inną trasą? Raczej nie jest możliwe, ażebym przez pomyłkę zawrócił, przecież dobrze znam ten las. Z drugiej jednak strony z tych nerwów ja naprawdę mogłem zbłądzić.

Te myśli nie dawały mu spokoju.

Trzeba było jednak jakoś wybrnąć z tej sytuacji.

-Wszystko wskazuje na to, iż mnie nie zauważył. Mogę jeszcze uciec. Jeśli jednak będę biegł, to On mnie usłyszy. Lepiej będzie, jak oddalę się po cichu.

Tak też uczynił. Szedł powoli i bezszelestnie. Starał się nie wydać żadnego dźwięku. Jedynie dwa razy zdarzyło mu się nadepnąć na leżącą na ziemi gałąź. Kto nie był w takiej sytuacji, ten nigdy nie zrozumie, jak bardzo wówczas dźwięk pękającego drewna wydaje się przeszywający. Jakby nie brzmiało to dziwacznie, pękały od tego hałasu uszy. Oczywiście, w innej sytuacji mężczyzna nawet by tego dźwięku nie odczuł.

Gdy już oddalił się od Niego, wystarczająco na tyle, ażeby czuć się względnie bezpiecznym, przyspieszył kroku. Nie bał się już, że będzie można go usłyszeć, ale z drugiej strony zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu lasu.

Droga była naprawdę nieprzyjemna. Co chwilę rozglądał się, czy przypadkiem nie ma tutaj gdzieś Jego. Jednak na samo szczęście nigdzie Go nie było.

Być może miało to już charakter paranoi, ale była ona w pełni uzasadniona dramaturgią sytuacji.

W końcu jednak doszedł do Kości Wielkich.

Małe domki tonęły w mrocznej czerni nocy. W tylko niektórych z nich paliły się światła. Poza tym trochę jasności dawały latarnie przy drodze.

Mimo wszystko ,jednak widok zabudowań dodawał otuchy.

Był już u siebie, był uratowany.

Mężczyzna szedł spokojnie ulicą zmierzającą do własnego domu.

W pewnym momencie pomyślał sobie:

-Dobrze, udało mi się Mu uciec, ale przecież znowu Go spotkam. Nie ma innej możliwości. To musi się stać. Nawet jeśli wtedy też ucieknę przed Nim, to będzie następny raz, i następny. W sumie będę przed nim wiecznie uciekał, no chyba, że kiedyś mnie złapie; ale po co uciekać, skoro i tak będę kiedyś złapany? Wiadomo - po nic. To może większy sens ma mu się oddać? Czy tutaj jeszcze sens istnieje?

Marek Adam Grabowski

Warszawa 2020

Marek Grabowski
Marek Grabowski

Tagi

2 komentarze

  • powiedzial:

    Witaj, Marku!

    Nie muszę chyba pisać, jak bardzo podobają mi się Twoje opowiadania z Kości Wielkich, bo nader często daję temu wyraz. W każdej serii przemycasz jakąś życiową mądrość, tak jest i tym razem.
    Strach. Co może zrobić z nami i co my możemy zrobić, żeby nie paść jego ofiarą, żeby umieć obronić się przed nim i żyć pełną piersią?
    To trudne, tym bardziej w obecnych czasach, kiedy sytuacja, zarówno w Polsce jak i na świecie, wymknęła się spod kontroli i sieje przerażenie. Codzienne raporty o kolejnych zgonach, liczbie zachorowań… i czujemy się jak w Twoim lesie.
    Rosyjska ruletka.
    Może szczepionki zdążą coś zmienić, zatrzymać.
    Czy to nie jest obraz z Twoich Kości Wielkich, czy to nie tę sytuację opisujesz, stawiając bohatera na przeciw jego największym lękom i to przeświadczenie, że nie ma dokąd uciec, że trzeba z tym walczyć albo całkowicie się poddać. Jednak dopóki jest życie, jest nadzieja…

    Świetny tekst, Marku.

    Obejrzałam przy okazji Twój blog, poczytałam. Ładna szata graficzna, ciekawe teksty.
    Mam nadzieję i życzę, żeby jak najszybciej tętniło tu życie, choć wiadomo, że początki zawsze są trudne, ale powolutku nabierze tempa.

    Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *