Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

Opuszczone domy

Chyba w każdej miejscowości jest jakiś opuszczony dom.

Takie rudery bywają nazywane straszakami. Niby psują one krajobraz, ale naprawdę to mają swój urok i są powszechnie lubiane.

Stoją zarówno przy głównych ulicach, jak i w jakiś zakamarkach.

Zawsze przyciągają uwagę.

W Kościach Wielkich jest ich aż sześć, co jak na taką dziurę robi wrażenie. Myślę, że to dobra okazja, żeby opisać każdy z nich. Zabiorę was w cudowną podróż turystyczną. Ze względu na RODO nie będę jednak podawał dokładnych adresów.

Pierwszy to tzw. dom dzieci. Nazwa pochodzi od tego, iż można w nim spotkać dwójkę dzieciaków. Nie trzeba nawet w tym celu wchodzić do budynku, gdyż czasem są one widoczne z okien. Są to przypuszczalnie duchy, ale nie zostało to do końca wyjaśnione. Może więc lepiej mówić na nie istoty?

To chłopiec i dziewczynka. Na oko mają dziesięć lat, lub może trochę mniej. Ubrani są w stylu późnego dziewiętnastego wieku. Ich ciała są przezroczyste, a twarze zawsze smutne. Nigdy się nie odzywają i w ogóle nie ma z nimi żadnego kontaktu. Wprawdzie, jak kogoś spotykają to zaczynają się w niego wpatrywać, ale i tak z tego nic nie wynika. Nie wiadomo, czy można im jakoś pomóc, nie wiadomo nawet, czy chcą naszej pomocy.

Nie udało się też wyjaśnić od czego zależy, czy je spotkamy czy nie. Wiadomo już tylko, że godzina nie ma znaczenia, gdyż można je spotkać o każdej porze dnia i nocy. Przypuszczalnie nie ma nawet takich godzin, o których ich widok byłby częstszy.

Drugi to dom, który ma bardzo duże drzwi. Takie stare i dębowe, ozdobione ciekawymi kołatkami. Są one zabite deskami i jest na nich wielki napis „Nie otwierać”.

Czemu to zrobiono? Komu może przeszkadzać wejście tam? Dawniej te drzwi były otwarte i nawet niektórzy do tego domu wchodzili, ale wszystko zmieniło się po pewnym zdarzeniu. Warto je tutaj opisać. Otóż, pewnego dnia grupa dzieciaków postanowiła tam dla zabawy wejść. Ot, taki szczeniacki wygłup, niejeden z nas miewał podobne. Weszli, ale nie wyszli. Szybko zorganizowano ekipę ratunkową. Ekipa weszła do domu, ale nie wyszła. W tej sytuacji postanowiono powołać nową ekipę, która miała uratować nie tylko dzieci, ale również (może nawet przede wszystkim) poprzednią ekipę. Niestety ekipa też nie wróciła. Chętnych na czwartą nie było. Odtąd nikt do tego domu nie wszedł i niech nie wchodzi.

Trzeci dom jest już nieco przyjemniejszy, gdyż nikomu nie dzieje się w nim krzywda.

Co więcej stoi tam na poddaszu stare, ale nadal nieco sprawne pianino (błędnie nazywane przez niektórych fortepianem). A może jest to fortepian błędnie nazywany pianinem?

Mimo braku kilku klawiszy, jakaś moc próbuje na nim grać. Może klawisze naciskają się same, a może ktoś niewidoczny w nie uderza. Tego nie wiadomo.

Wiadomo jednak, że muzyka jest znakomita. Dlatego też, te koncerty przyciągają nieraz nawet pół wsi. Zapraszamy na najbliższy, w piątek trzynastego o północy. Ciekawe, jaki utwór będzie tym razem grany?

Nie wiem, czy czwarty można jeszcze uznać za dom, ale opiszę go.

To pogorzelisko po spalonej chałupie. Nie ostało się z niej prawie nic.

Kiedyś mieszkało tam małżeństwo. Istna patologia, wiecznie pijani. Złośliwy nazywałby ich menelami. Najprawdopodobniej podczas jakiejś libacji niechcący spalili własny dom. A może było to zbiorowe samobójstwo? Być może mieli już dosyć swojego nędznego życia i postanowili zakończyć je w ogniu? Spekulacji jest mnóstwo. Właściwie to nawet nie ma pewności, czy zginęli, gdyż nie odnaleziono ciał.

Jest jednak po nich pewien ślad. Otóż, na tych zgliszczach mimo upływu lat, ciągle czuć zapach wódki. Nie ma tylko pewności, czy ta wódka to Żubrówka czy Soplica.

Piąty to dom uchodzący za idealny do samobójstwa.

Ludzie zabijali się w nim, na różne sposoby; najczęściej skacząc z niego, ale też częste były wieszania się w nim. Można to zrobić wewnątrz budynku, ale lepiej na zewnątrz, wówczas cała wieś widzi twoje wiszące zwłoki. Wprawdzie wtedy szybciej są one zabierane, ale efekt jest mimo wszystko piorunujący. Oczywiście, oprócz wieszania i skakania były też inne przykłady. Otrucia, śmierci od wbicia sobie noża, niemalże wszystko co można wymyślić.

Zabiło się tam już mnóstwo osób. Może spytacie skąd tylu samobójców w małej wiosce? Otóż, większość z nich to wcale nie są mieszkańcy Kości Wielkich. Na samobójstwa przyjeżdżają tutaj ludzie z wielkich miast i ze średnich (a czasem nawet z małych) miasteczek. Renoma tego miejsca jest więc duża.

Należy również dodać, iż robią to nie tylko ludzie. Zabijały się tutaj: psy, koty, króliki, zające, wroni, kruki, chomiki, lisy, wilki, kury, żółwie, węże, papugi, sarny, dziki, jelenie, gołębie, żbiki, fretki etc.

Fenomenem był hipopotam, który uciekł z warszawskiego Zoo. Dotarł do Kości Wielkich i tam odebrał sobie życie. Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, jak tymi łapskami mógł zawiązać sobie stryczek. To musiał być wielki desperat.

Jeśli więc masz ochotę na samobójstwo to zapraszamy do nas na wieś. W tym domu zabijesz się jak nigdzie indziej. Oczywiście nie przyjmujemy żadnych reklamacji.

Ostatni to mała i niepozorna chałupinka.

Wyróżnia się na tle pozostałych tym, że nic się w niej nie dzieje. Nie można opowiedzieć o niej żadnej historii. Po prostu stoi rozwalona i tyle. Ani tam nie straszy, ani też nie ma żadnych szczególnych zdarzeń. Jest pusta tylko dla tego, że jej mieszkańcy wyprowadzili się.

Dziwny to przypadek.

Czy warto takie miejsca utrzymywać? Może byłoby lepiej je wyburzyć i postawić tam nowe zabudowania? Takie rozwiązanie nie chodzi w grę. To jest część dziedzictwa tej małej wsi, i trzeba go bronić. Bez nich Kości Wielkie nie byłby Kościami.

Zresztą tak samo Warszawa, Gdańsk czy Kraków potrzebują swoich ruder. One tym miastom dają życie.

Marek Adam Grabowski

Warszawa 2021

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *