Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

Majowa wyprawa

To opowiadanie dedykuję mojemu kuzynowi

Za wsią Kości Wielkie rozciąga się wielkie pole. Dorośli pracują na nim w pocie czoła, ale dzieciom nie wolno się tam bawić. A jak powszechnie wiadomo, nic nie jest tak pociągające jak to, co jest zabronione, więc dzieciaki marzą o spacerze po polu.

Opowiem wam o jednym z nich. Od dawna już planował pójść tam. W końcu nadarzyła się okazja. Było to na pierwszego maja; w święto pracy, w które nikt nie pracuje. Bez pytania rodziców wyszedł z domu i ruszył.

Był ładny dzień; słońce rzucało promienie na glebę.

-Jak tu pięknie i spokojnie - pomyślał sobie.

Wtedy wyskoczył za bruzdy chłop i krzyknął, że mu depcze po grządkach.

-Spadaj pan! - odkrzyknął dzieciak.

-Ty niewychowany gówniarzu; jeszcze pożałujesz tego pyskowania! - Po tych słowach chłop wyciągnął nóż.

Chłopiec jednak szybko ukrył się wśród zbóż.

Chłop trochę się za nim rozglądał, ale machnął ręką i poszedł sobie.

-Nawet miło się z tym panem wygłupiało – pomyślał sobie malec. - Prawie dałem się nabrać, że chce mi tym nożem zrobić krzywdę. Jednak tutaj jest przecież tak spokojnie i bezpiecznie.

Ruszył w dalszą drogę. Po jakimś czasie zobaczył z oddali starego dziada z wielką, zniszczoną teczką, obok którego dreptał wielki kundel. Obydwaj (i dziad i pies) coś gryźli, jakieś mięso. Gdy skończyli rzucili kości na ziemię i poszli sobie.

Chłopak podszedł, ażeby obejrzeć te kości, i tym samym dowiedzieć się, jakie mięso jedli.

-To dziwne; wyglądają jak ludzkie? No, ale kto by jadł ludzie mięso? Może jakiś psychol, ale nie miły, starszy pan w tym bezpiecznym miejscu.

Maszerował więc dalej. W pewnym momencie wyłoniła się jakaś postać. Szła powoli i stawała się coraz bardziej wyraźna. Bynajmniej nie była człowiekiem. Był to kościotrup w białej szacie, z wielką kosą w ręku. Stało się już wiadome, że jest to południca; ale nie taka jak z gry Wiedźmin, lecz rzeczywista. Zatrzymała się i zaczęła patrzeć na malca.

-Dzień dobry! - przywitał się.

Południca nic nie odpowiedziała, tylko nadal się w niego gapiła. W końcu jednak odeszła.

-Małomówna pani, ale miła. Właściwie to wszyscy są tutaj mili; i to miejsce jest miłe.

Gdy minęło trochę czasu w zobaczył jakieś chłopaka (na oko w podobnym wieku co on), który stał tutaj na polu. Bardzo się ucieszył; gdyż myślał, iż zaraz będzie miał nowego kolegę i podbiegł do niego krzycząc:

-Cześć!

Tamten jednak zamiast odpowiedzieć schował się w krzakach (co było dość dziwnym zachowaniem, zwłaszcza w tak bezpiecznym miejscu).

Nasz mały podróżnik dobiegł jednak do tego miejsca i spojrzał na skrytego w zaroślach gagatka; a potem powiedział:

-Czemu się przede mną chowasz?

-ttttttttttttttttttt – odpowiedział tamten.

-Nie rozumiem twych słów? - młody mieszkaniec Kości Wielkich próbował się porozumieć.

-lllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllll – powiedział nieznajomy. Robił wrażenie przestraszonego.

Dopiero teraz, główny bohater zauważył, iż jego siedzący w krzakach rozmówca ma bardzo dziwne oczy; wielkie niczym w anime, i pozbawione źrenicy oraz twardówki, i do tego w niespotykanym odcieniu czerni.

-O kurwa, ale masz oczy! - musiał skomentować. - Nigdy takich nie widziałem.

-fffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffff – brzmiała odpowiedz.

-Wiesz co, miło się rozmawia, ale muszę już lecieć. Trzymaj się.

-ccccccccccccccccccccccccccccccccccc - to była chyba forma pożegnania.

Idąc sobie dalej, nasz chłopiec tak rozmyślał:

-Tamten był jakiś dziwny; nie był na luzie. Jakby coś go zdenerwowało, albo wystraszyło. Tylko czego się można bać tutaj? W tym dobrym miejscu.

W pewnym momencie doszedł do jakiś ruin. Była to mała, rozpadająca się chata; a obok niej był głęboki dół.

-A to ciekawe - pomyślał sobie i postanowił zajrzeć do dołu.

We wnętrz było coś czarnego. Po chwili namysłu, zorientował się, że to szambo. Były tam jeszcze jakiś brudy; trochę przypominające ludzie zwłoki, ale na pewno nimi nie będące.

-Mam świetny pomysł – powiedział do sobie – pobawię się w skoki nad tym szambem.

Zabawa była pyszna, przeskoczył dół aż cztery razy.

-Ale fajnie! W ogóle to miejsce jest fajne, czuje się tutaj jak w domu. Jednak robi się już późno, więc muszę wracać.

I ruszył w kierunku Kości Wielkich. Po drodze zastanawiał się, czemu dorośli nie pozwalają dzieciom tutaj przychodzić, skoro jest to tak bezpieczne i spokojne pole.

Gdy już wrócił, okazało się, iż wszyscy byli bardzo zaniepokojeni i szukali go. Za karę otrzymał klapsa i miesięczny zakaz strzelania do kotów. Był to jednak zły pomył, gdyż ktoś doniósł, iż w rodzinie jest przemoc, i rodziców zamknięto w wiezieniu. Zaś chłopca zabrano do domu dziecka imienia Samsona i Kroloppa w Słupsku. Było tam tak bezpiecznie jak na polu.

Zapomniałbym jeszcze o jedynym; że z tych dorosłych, którzy poszli go szukać, kilku nie wróciło.

Marek Adam Grabowski

Warszawa 2020

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *