Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

Kebab czy falafel?

-Bidon, co dla ciebie? Kebab czy falafel?- zawołałem podchodząc do lady.

-Oczywiście, że kebab, kurwa! Falafele są dla pedałów!-odkrzyknął w swoim stylu.

-Słyszy Pan. Poprosimy dwa kebaby.- złożyłem zamówienie.

-Z baraniny? - spytał sprzedawca, gruby Kopt z Egiptu.

-Tak, z baraniny. -powiedziałem.

Marek Grabowski
Marek Grabowski

Po złożeniu zamówienia wróciłem do stolika.

-Kurwa, ale zaraz będzie obżarstwo!- w głosie mego kolegi słychać było podniecenie.

-No, jasne. Tylko nie klnij tyle Bidonie.-celowo użyłem wołacza, ażeby go ucywilizować.

Długo nie musieliśmy czekać, gdyż zaraz przyszło jedzonko. Było pyszne. Tak bardzo nam smakowało, że Bidon omal nie zjadł papieru, a ja pobrudziłem sobie marynarkę. Potem pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoja stronę.

Moja strona, jak się miało okazać, prowadziła do siostry Zosi i takiej jednej dziewczyny ze studiów, która ma ksywkę Jamido. Spotkałem je niespodziewanie na chodniku. Obydwie były ubrane na czarno, z tym, że Zosia miała czarną bluzę z kapturem, spodnie w rurki i trampki, a Jamido czarne lakierki, sukienkę i kapelusz. Nawet nie wiedziałem, że się znają poza Facebookiem.

-Witaj Piotrusiu!

-Cześć Brat!

-Siema dziewczyny! Właśnie wracam z kebaba, na którym byłem z Bidonem. O tam za rogiem.

Jamido omal nie zbladła.

-Piotrusiu, czy to żarcik? Jadasz posiłeczki w tym ohydnym budyneczku. I to jeszcze w towarzystwie prymitywa.

-Co ty chcesz? Zajebista baranina. -postanowiłem wyśmiać jej troskę.

– Skąd ta pewność, że to była baranina?- wtrąciła się Zosia, która również robiła wrażenie zaniepokojonej- ostatnio czytałam w necie, że kebaby robi się ze szczurów.

-Ja zaś, że z gołębi.- Jamido musiała wiedzieć lepiej. Celowo trują te ptaszki arszenikiem, by potem zdechły.

-No to z gołębi czy ze szczurów?- zapytałem, czując pewne zażenowanie i zniesmaczenie.

-Pewnie z jednego i z drugiego.- powiedziała moja siostra.- oni to łączą i razem ubijają. Dodają też stare gazety.

Omal nie puściłem pawia jak to usłyszałem.

-Kurwa, czemu nie wybrałem falafela.

-To niewiele mniejsze zło.- Jamido złapała się za twarz- nie wiesz, że falafel robi się z gówienek owieczek? Jak ty mało wiesz o życiu.

-Poza tym oni w tych arabskich lokalach nie dbają o higienę. – wtórowała moja siostra.

-Czyżby nie myli rąk? – wolałem się upewnić.

-Gdyby tylko chodziło o rączki Piotrusiu, to byłby mały problemik.- Jamido pouczając mnie, zaczęła wymachiwać palcem.- Oni na jedzenie sikają, srają i rzygają.

Właściwie to ostatnie to samemu chciałem zrobić teraz.

-A propos, czym to braciszku popiłeś?

-Colą.

-O mamusiu!- Jamido z przerażenia zasłoniła oczy- to najgorsza trucizna na świecie. Wiesz, czemu receptura jest tajna. Gdyż nie chcą się przyznać, że produkują ją z martwych żuczków i z krwi kuny. Czytałam o tym w internecie.

-Zapomniałaś dodać, że w kebabie na pewno była przeterminowana.- dodała Zosia.

Złapałem się za łeb. Nie mogłem tego wszystkiego słuchać.

-Jeszcze jedno- Jamido chciała mnie dobić- byłeś tam ponoć z Bidonem. Nie wiesz, że jak się z kimś długo przebywa, wówczas jego głupota przechodzi na nas.

Tego już było za wiele.

-Muszę iść. Źle się czuję. – powiedziałem i odszedłem, cały się trzeszcząc.

Minęło kilka godzin i był już wieczór. Siedziałem przebrany w dres w moim pokoju i czułem się podle. Dziewczynki miały rację, to żarcie mnie zatruło. Otworzyły się drzwi i weszła do mnie Zosia. Ubrana były w czarne kapcie baleriny i czarny szlafrok w białe czaszki. Oczywiście na głowie miała założony kaptur. W rękach trzymała tacę.

-Oj, braciszku, coś ty najlepszego narobił.- zaczęła troskliwie -Starszy, a głupszy.

-Masz leki dla mnie?- spytałem retorycznie.

-Tak. Wszystko będzie dobrze.

Najpierw dała mi łyżeczkę zielonego syropu, a potem fioletowego. Przy granatowym syropie uznała, że będzie lepiej, jak wypiję całą butelkę. Potem przyszła pora na tabletki. Jedna była niebieska, a druga biała. Ponieważ w domu tymczasowo skończyła się woda mineralna, popiłem je oranżadą. Potem dała mi homeopatię, jednak na wypadek, żeby mnie diabeł nie opętał, kazała mi ją popić wodą Św. Ignacego. Później była tak dobra, że odstąpiła mi swoje psychotropy. Żeby jednak zbytnio mnie nie rozbudziły, dała mi też lek uspokajający. Następnie kazała mi wypić duszkiem herbatkę ziołową, którą sama zaparzyła. Zioła zerwała przy Wiśle. Na deser (nie wiem, czy to właściwie słowa, ale nie mam pomysłu na inne) postanowiła mnie rozbudzić i dała mi wódkę z eukaliptusa. To był już chyba koniec. Zresztą nie pamiętam.

Kojarzę jedynie, że kolory zniknęły, obrazy się rozmazały. Resztę znam z relacji siostry i pozostało mi wierzyć jej na słowo. Ponoć spojrzała na mnie i powiedziała:

-Oj, mój biedaku, będę się musiała tobą opiekować do zakichanej śmierci. Ale przynajmniej mam pretekst, by zostać starą panną.

Potem poszła do swojego pokoju pograć we Wrota Baldura. Ponoć przeszła wyspę wilków bez kodów. Ale myślę, że to ostatnie zmyśliła.

Marek Adam Grabowski

Warszawa 2018

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *