Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

Granice miłości

- Gdzie są dzieci? - zapytał bezwiednie, bez emocji. Nie słyszałam tych słów, odbiły się od starej drewnianej podłogi, od plastikowego stołu na którym stała wódka. Trzeba zapić, zabić wspomnienia, zagryźć czymś kwaśnym, tak aby żołądek wypluł z siebie gorzką brunatną krew, która zaleje ściany i zgnije zasychając w kątach. Nie czuję własnego ciała, nie należy do mnie. Może kiedyś stanowiło nierozerwalną całość. Dziecko ssie pierś matki, własne palce, nawet te u stópek, są ciepłe, czyste. Zasypia z kciukiem w ustach, sen jest spełnieniem uniesienia. Płaczesz, dlaczego?

Patrzysz na mnie, jest ciemno a ja nie pamiętam swojego imienia. Rozkaz!

Jestem przebrana za aniołka, białe fiszbiny i falbanki, białe pończochy i różowa wstążka. Tak, leżę pod choinką, jestem wieczornym prezentem.

Przez chwilę jest mi niedobrze, ale nie wymiotuję, rozszerzam uda, tak jak pragniesz. Mam dotykać się po kawałku, w białych przeźroczystych rękawiczkach. To nie jest moje ciało, to dobrze. Będę schodzić dłońmi w tą niewyobrażalną przestrzeń, która przyciąga wszystkie wiatry. Wulkan i magma, gorąca i pełna pary rozszerza twoje nozdrza, tego chcesz. Dalej!

Drżą mi palce, zamykam oczy. Włożyłam kilka do środka. Ściany zaciskają klamry, brakuje powietrza. Owady, czarne muchy, tłuste krążą nad świecą i zapalają się skrzydła, czuję swąd.

Wnętrze wilgotne, zaprasza rozpaloną gwiazdę, kometa wleciała i pozostawiła ogon, smaga po policzkach, zostają ślady i blizny, to uczucia, które bez nazwy są przeznaczeniem tej nocy. Rżnij!

Zrób to w końcu, abym mogła zasnąć. Wypluj na mnie wszystkie słowa, zamień w zimny grad uderzeń. Teraz płynę i pragnę. Ssij mocniej!

Jak każesz, obietnica zostanie między nami. Zakopię ją jutro w ogrodzie pod drzewem. Podleję i poczekam co wyrośnie.

- Tak bardzo cie kocham – mówisz cicho, spokojnie.

Nie zgodziłam się na seks w trójkącie. Chyba czworokąt, ty, ja i ich dwoje.

Ona leżała na podłodze w kuchni. Klęczysz przy udach innej kobiety i patrzysz na mnie. Krzycz!

Urosły mi skrzydła, uciekam, odlatuję. On biegnie za mną, droga jest mokra.

- Zostań! - Dawałaś dupy innemu mężczyźnie, a teraz nie zabawisz się ze mną.

Jestem niesprawiedliwa. Zapamiętam twój wzrok, błagalny i pełen miłości.

Udowodniłeś mi wszystkie prawdy.

Wróciłeś. Zapomniałam przekręcić klucz w zamku. Flanelowa koszula oblepia moje ciało. Zdzierasz szybko resztki godności, kawałki szmat rozrzucone po dziecięcym pokoju, w którym schowałam się przed tobą. Pytam, czy było dobrze, czy spełniłeś swoje marzenia erotyczne. Cios!

Nic nie boli, bij mocniej!

W przedpokoju jest wnęka i gwoździe. Rozrywają moje ramię. Ale się uśmiecham, wiesz że nie przeproszę. Walisz mną o ściany. Twarz puchnie i dziwne, ale nie płaczę tylko trzęsą mi się ręce.

Jaka ciepła jest podłoga w kuchni, stara drewniana. Moje policzki przylegają do wspomnień. Ktoś musiał kochać te wypucowane deski. Chodził po nich, kręcąc się w kółko i gotował dobre obiady. Może też siedział przy stole i palił fajkę.

Chłód drewna łagodzi napiętą skórę twarzy. Dotykam tej podłogi, jakby była ostatnią deską ratunku. Nie uciekam, zabrałeś mi skrzydła. Zamykasz w swojej wyobraźni, zabraniasz myśleć.

Dostaję kolejne złote kolczyki i sandałki. Wiem, mam ładnie wyglądać.

Marzena