Zapisać marzenia
Blog literacki Marka Adama Grabowskiego

AA-Stanisław Kemilk

– Cześć, nazywam się Adam i od 2 lat nie piję.

Na sali rozległy się brawa. Prowadzący spotkanie wydawał się zadowolony z jego postawy. Integrował innych i był naprawdę dobrym przykładem. Na każdym spotkaniu to on zaczynał swoje wyznanie.

– Cześć Adam, czy chciałbyś jeszcze coś o sobie powiedzieć.

Adam uśmiechnął się kwaśno.

– Dzisiaj mam zamiar opowiedzieć o swojej najbardziej wstydliwej przygodzie.

– Chłopie wal śmiało, każdy z nas wiele tu przeszedł. Czy ktoś chciałby dodać otuchy Adamowi?

Niemal natychmiast wstała piękna długowłosa dziewczyna, podeszła do Adama i zaczęła go namiętnie całować. Zdezorientowany początkowo wzbraniał się, jednak słodycz jej ust miała narkotyczne właściwości. Nie minęła chwila, a on oddawał jej pocałunki, a ręce mimowolnie błądziły pod delikatną, koronkową bluzką. W tej jakże przyjemnej dla niego chwili poczuł nagłe szarpnięcie. To Witold prowadzący spotkanie oderwał go od dziewczyny.

– Teraz gdy dodaliśmy ci odwagi, proszę, opowiedz o swojej przygodzie. Z pewnością będzie to bardzo pouczająca historia.

Adam wciąż patrzył na rudowłosą piękność. Dla niego to spotkanie mogłoby się zakończyć, a on wziąłby tą jakże gorącą dziewczynę do swoich skromnych progów i ułożył ją na jeszcze skromniejszym łóżku. Po chwili oszołomienia ogarnął się i zaczął opowieść.

–To było dwa lata temu i właśnie w tym dniu, po raz ostatni wziąłem do ust alkohol. Obudziłem się z samego rana z olbrzymim kacem. Co gorsza, obudziłem się w nie swoim łóżku, z obcym facetem. Mogę wam tu wszystkim przysiąc, iż jestem całkowicie heteroseksualny.

– Czy to spowodowało, iż przestałeś pić? – Do jego uszu dotarł cichy kobiecy głos.

– Nie, ależ oczywiście, że nie – zaprzeczył zmieszany. – Tego ranka, czułem do siebie obrzydzenie. Ogromne obrzydzenie. Nie wiedząc co robię, sięgnąłem po butelkę i pociągnąłem spory łyk. To mnie otrzeźwiło. Szybko się ubrałem i zamierzałem uciec z tego miejsca. Na moje nieszczęście musiałem jeszcze skorzystać z ubikacji i tu czekała na mnie kolejna niezbyt miła niespodzianka. W wannie leżał facet uduszony przez węża boa. Jego wytrzeszczone oczy błagały o pomoc, a boa uśmiechał się pobłażliwie. A ja nie mogąc się opanować, wysikałem się pośpiesznie.

Adam, opowiadając to zdarzenie, czuł się niezręcznie. To nie mogło brzmieć wiarygodnie. Czuł jednak wsparcie z sali, wiedział, że w tym gronie może powiedzieć o wszystkim. Wziął głęboki oddech i kontynuował.

– Cóż było robić, zadzwoniłem na policję, podając wszelkie potrzebne szczegóły. Kolor wanny, kolor węża, jego gabaryty, a także, co wydawało mi się niezmiernie istotne, dane personalne denata.

– A skąd miałeś dane faceta z wanny – zapytał się facet ubrany na sportowo.

– Na podłodze leżał jego dowód osobisty. Chyba jego. – Adam podrapał się po głowie i snuł dalej opowieść. – Niestety zgłoszenie zostało zignorowane. Może przez bełkotliwą mowę, a może dlatego, że wąż w ich mniemaniu jest w każdej wannie i kończy się rączką prysznicową. W każdym razie postanowiłem udać się na policję. W amoku wyszedłem boso, co niemal natychmiast się zemściło. W windzie nieszczęśliwie wdepnąłem w śmierdzącą kałużę i miałem nadzieję, że zostawił ją pies.

– A może ktoś z nas? – zaśmiał się sportowiec.

– Możesz Zenek przestać zadawać te idiotyczne pytania? – Prowadzący próbował okiełznać sportowca amatora.

On zaś tylko popatrzył na Wiktora z pode łba i puścił do niego oczko. Reszta uczestników zignorowała jego zachowanie, tak jak i Adam, który nie odniósł się do jego wypowiedzi.

– Postanowiłem wrócić po buty. Pech mnie nie opuszczał i zatrzymałem się przy zamkniętych drzwiach. Dylemat czy dzwonić i zobaczyć faceta z łóżka, czy dać sobie spokój i iść na bosaka, rozwiązałem na korzyść tej drugiej opcji. Na dwór zszedłem schodami i wydawało się, iż szczęście w końcu się do mnie uśmiechnęło. Naprzeciwko bloku, z którego wyszedłem, znajdował się sklep obuwniczy.

– A z jakim obuwiem? – spytał się Zenek.

Adam zignorował pytanie i kontynuował.

– Bez zastanowienia, wszedłem do niego i zacząłem wybierać buty. Na moje nieszczęście do sklepu weszła także tęga, starsza kobieta skropiona tysiącem perfum, co zmieszane z jej potem robiło potworne wrażenie. "Afrykański prysznic" tęgiej damy wraz z ciepłem panującym w sklepie, był kroplą, która przelała czarę goryczy. Puściłem pawia. Próbowałem bełkotliwie przekonać obsługę, że to wina zaduchu i tej wielkiej kobiety. Nie słuchano mnie i dosłownie wykopano ze sklepu. Ochroniarz kopnął moją dupę i wyleciałem na chodnik.

– Jakim butem? – zapytał się sportowiec amator.

Adam ponownie zignorował pytanie Zenka i kontynuował.

– Nieszczęśliwie rozdarła się koszulka, a z nosa puściła się krew. I właśnie wtedy, jak mi się przynajmniej wydawało, uśmiechnęło się prawdziwe szczęście. Pod murkiem stała w połowie niedopita butelka wódki. Czterdziestoprocentowy, bezbarwny skarb. Naprawiłem błąd poprzedniego właściciela tego wyjątkowego trunku i wypiłem resztkę. – Adam uśmiechnął się na to wspomnienie i ciągnął dalej opowieść. – Niestety zbyt późno zorientowałem się, iż z naprzeciwka idzie wycieczka przedszkolaków, wśród których szły moje kochane bliźniaki. Przedszkolanka natomiast była moją sąsiadką. Oni wszyscy mnie widzieli, jednak nikt się do mnie nie chciał przyznać, nawet moje dzieciaczki. Z ich ust zniknął uśmiech, oczka skierowały pod swoje nóżki i to była jedyna ich reakcja! – krzyknął, przypominając sobie bolesne zdarzenie.

Z sali słychać było współczujące westchnienie. Cisza została przerwana przez Wiktora.

– Możesz mówić dalej.

Adam westchnął, spojrzał na uśmiechającą się rudą i postanowił zakończyć opowieść.

– Niedługo potem ta baba, która była w sklepie z butami, podeszła do mnie i zaprosiła do swojego mieszkania. Nie pamiętam, co się działo, wiem jednak, że obudziłem się w obcym łóżku, z tą kobietą, a moją głową rządził kac gigant. Konsekwencją tego dnia była: utrata żony, dzieci i szacunku dla siebie oraz dziecko z tym babsztylem. Nie piję od dwóch lat. To by było na tyle.

Adam ciężko usiadł na krześle. Uczestnicy spotkania klaskali, a rudowłosa piękność podeszła do niego, wzięła za rękę i razem udali się do jej mieszkania.

………..

Adam otworzył oczy. Wciąż siedział oparty o mur starej kamiennicy. Od ponad dwóch lat obiecywał sobie, iż przestanie pić. Niestety jedyne co go trzymało przy życiu to jego sny, dające nadzieję na lepsze jutro, na wyrwanie się z nałogu. Dzisiejszy sen był taki realny, prawdziwy i dający nadzieję na lepsze jutro. To dzięki niemu postanowił, iż nie będzie już pił. Wstał, otrzepał się i poszedł w kierunku ośrodka odwykowego. Drogę tę pokonywał już setki razy.

Stanisław Kemilk

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *